Medialna prawda twarzy

Własne zdjęcia zamieszczane przez dziennikarzy przy ich publikacjach czasami wymykają się spod kontroli i mówią własnym językiem. W dodatku robią to bardzo krytycznie i niekoniecznie zgodnie z zamierzeniem autora. Paradoks pozornie prostego wyboru krzyżuje się z emocjami dziennikarza prawie automatycznie. W takich momentach zdjęcie ma sugerować, że mamy do czynienia z publicystą odpowiadającym za losy świata, z zatroskanym tytanem intelektu oddanym społeczeństwu do ostatniej kropli krwi, z kimś, kto gotów jest i czuje się kompetentny poradzić, wyedukować i wytłumaczyć każdemu wszystkie problemy świata.

Taka sytuacja szczególnie w mediach audiowizualnych i prasowych zdarza się na świecie zbyt często, aby o niej nie mówić. Zdjęcia zwykle towarzyszą artykułom, felietonom i komentarzom w gazetach lub czołówkom promującym określony program. Zastanawiać może fenomen swoistej ślepoty autorów na ewentualną percepcję ich zdjęcia. Najprawdopodobniej wydaje im się, że upozowawszy się na myślicieli, ludzi zadumanych, refleksyjnych i mądrych, tak zostaną odebrani. Autoprezentacja jest zadaniem wyjątkowo trudnym, gdy chodzi o redaktorów naczelnych lub dziennikarzy z tak zwanym dorobkiem i autorytetem. Łatwo stracić dystans do siebie i zaproponować wersję zdjęcia bardziej ośmieszającą i pretensjonalną niż naturalną i sympatyczną. Przekonywanie czytelnika lub widza swoim zdjęciem, że jesteśmy mądrzejsi i inteligentniejsi od niego na tyle, że możemy mu doradzać i pouczać, jest ryzykownym pomysłem. Wygląd twarzy, mimiki czy jakiejś pozy może też niepotrzebnie sugerować, że dziennikarz ma kompleksy, jest próżny i stracił dystans do siebie. Cena sławy zostaje nieświadomie obnażona na fotografii.